Rok temu niewielka salka klubu "Alchemia" nie pomieściła wszystkich, którzy chcieli uczestniczyć w ostatnim, piątym z serii, koncercie kwintetu. W relacji z tego dnia Paweł Baranowski napisał w Diapazonie: "spotkanie z The Vandermark 5 to jak spotkanie absolutu". I właściwie na tym powinienem zakończyć recenzję. Cóż, mimo, że jak i On – kaznodzieją nie jestem – spróbuję, przy okazji wydania płyty, podzielić się kilkoma refleksjami.
Dwunastopłytowy album The Vandermark 5 to wydawnictwo unikatowe – nie tylko w skali naszego rynku muzycznego. Zawiera bowiem kompletny materiał z pięciu koncertów kwintetu w krakowskim klubie "Alchemia" i niemal kompletny z dwóch jam sessions, które odbyły się przy okazji tychże koncertów. Pierwszy raz zdarzyło się bowiem, że muzycy tej jednej z najważniejszych współcześnie jazzowych grup, grali razem pięć dni w jednym klubie, mając nieograniczoną możliwość komponowania i prób. Otrzymujemy tutaj jakby przegląd – nie dokonań, ale miejsca w którym obecnie kwintet się znajduje, jego możliwości i możliwości interpretacyjnych jakie drzemią w poszczególnych kompozycjach. To nie koncertowe "the best of". Vandermark nie wraca do brzmień i materiału z początków działalności kwintetu, to zapis jego "tu" i "teraz". W wywiadzie w tym roku powiedział, że dla niego improwizacja jest "tym wszystkim czym jestem w danym czasie". I to można by odnieść do tego albumu – jest to zapis muzyki, tego co kwintet grał w marcu 2004 roku oraz tego kim w tym czasie byli muzycy go tworzący.
W "liner notes" znajdujących się w książce dołączonej do boksu (prócz tego jeszcze obszerny wywiad z Kenem Vandermarkiem, na gorąco pisane przez Pawła Baranowskiego relacje z koncertów i cała masa zdjęć Bartka Winiarskiego) Vandermark napisał, że uważa te pięć dni w Alchemii "za jeden z najjaśniejszych momentów w swojej karierze". Dla mnie to także czas, gdy kwintet wypracował swą szczytową formę, to apogeum twórczości Vandermark 5. Wkrótce potem, po amerykańskiej trasie z norweskim zespołem Atomic i rejestracji niewydanego jeszcze materiału dla wytwórni Atavistic, z powodu choroby musiał się bowiem rozstać z kwintetem puzonista Jeb Bishop. Jak ważną dla brzmienia zespołu był on postacią – słychać najlepiej na nagraniach z "Alchemii". Zamyka się więc pewien okres działalności grupy.
Muzyka The Vandermark 5, zawarta na dwunastopłytowym boksie, to jakby budowanie mostów – między przeszłością (korzeniami free jazzu i jazzowej awangardy – wszystkie kompozycje Cecila Taylora, Kirka i Rollinsa, i te im dedykowane), a teraźniejszością – między mainstreamem, a awangardą – między rockową energią i ekspresją, a klasyczną precyzją i skupieniem – między jazzem, a muzyką współczesną. Jednocześnie, wznosząc swoje budowle cały czas pozostają sobą. Przez lata stałej współpracy wypracowali bowiem unikatowe brzmienie – nie tylko każdy z muzyków swój ton z osobna – ale razem, jako "workband". I nie ma znaczenia to, do jakiej stylistyki (bluesa, rocka czy awangardy) najmocniej w danym utworze się odwołują. Zapis pięciu koncertowych dni to także wyjątkowa okazja by przyjrzeć się metodom pracy Vandermarka jako kompozytora i aranżera. Mając czas wykorzystywał go na pisanie nowych kompozycji dla kwintetu, które oszlifowane na popołudniowych próbach, wykonywane były podczas wieczornych koncertów. W "Alchemii" swe pierwsze wykonania i rejestracje miały: "Camera" (wykonywana codziennie, każdego kolejnego wieczoru), "That Was Now" i "Pieces Of The Past". Utwory te bardzo różnią się w kolejnych wykonaniach. Wystarczy tylko spojrzeć na czasy ich trwania. "Camera" drugiego dnia rozbudowana jest do prawie 19 minut, a dzień trzeci przynosi wersję o trzy i pół minuty krótszą.
Dziesięć płyt to zapis koncertów Vandermark 5 – pozostałe dwie to rejestracja jam sessions które obyły się po zakończeniu koncertów 3 i 4 dnia. Prócz muzyków kwintetu uczestniczyli w nich także bracia Olesiowie. I dla mnie, właśnie oni są największymi bohaterami tych dwóch krążków. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na ostatni. Marcin przywiózł wtedy swój kontrabas, bo poprzedniego dnia, gdy grał na basie Kenta Kesslera, piekielnie mocny naciąg strun po prostu poprzecinał mu opuszki palców. Teraz mógł ujawnić więc cały drzemiący w nim muzyczny potencjał. Dało to również okazję by zaprezentować nietypowy kwartet z dwoma improwizującymi kontrabasami.
Czy jednak te dwanaście płyt to spotkanie muzycznego absolutu? Jest coś co każe w to powątpiewać. Tak wydawało mi się rok temu w "Alchemii", gdy słuchałem ich pierwszego dla mnie koncertu (dzień czwarty). Po czym każdy kolejny set weryfikował to stwierdzenie. Grali jeszcze lepiej, coraz wyżej (choć wcześniej wydawało się to nie możliwe) podbijali poprzeczkę. Tak jest też z tym nagraniem. Każdy krążek jest inny i weryfikuje nasze odczucia po poprzedniej płycie. To czternaście godzin zwrotów akcji, zaskoczeń i zachwytów. Czy więc możemy z pewnością stwierdzić, że to już wszystko, że dotąd doszli i dalej się nie da? Ile razy już tak się nam wydawało? Ile razy słyszeliśmy, że "jazz się skończył"? Nie chcę więc wierzyć, że otrzymujemy "absolut", chociaż z drugiej strony – jakiż on piękny...
Wawrzyniec Mąkinia
Data wstawienia: 2005-04-25