Hipnotyzująca barwa głosu, silna osobowość i dokładnie sprecyzowana ścieżka artystyczna, to tylko kilka słów o Queen Esther – jednej z najciekawszych gwiazd muzyki rozrywkowej ostatnich lat. Jej energię i talent docenili m. in. James Blood Ulmer i Elliott Sharp, z którymi kilkakrotnie współpracowała. Obecnie artystka przygotowuje 3 nowe albumy.
Monika Zamęta: Przybrałaś pseudonim artystyczny Queen Esther. Czy jest to hołd złożony wielkiej Queen Esther Marrow?
Queen Esther: Nie, zostałam po prostu ochrzczona imieniem mojej prababki. Moje drugie imię to Lucille - po babce. Kiedy związałam się z muzyką i zaczęłam śpiewać jako wokalistka bluesowa szukałam pseudonimu. Imię Lucille zupełnie mi nie pasowało.
M.Z.: Twoja muzyka to wybuchowa mieszanka przeróżnych gatunków muzycznych, począwszy od bluesa przez rock, trip-hop, na jazzie skończywszy. Czy mogłabyś sama zdefiniować kierunek, w którym zmierzasz?
Q.E.: Chcę pozostać wolna, by podążać wieloma drogami. Pojawiam się wszędzie tam, gdzie mój talent ma szansę na rozwój. Robię to, co mnie naprawdę interesuje - kiedy tylko chcę i z kim tylko chcę.
M.Z.: Jak muzka, jakie dźwięki Cię wychowały?
Q.E.: Na muzyczny pejzaż mojego dzieciństwa złożyło się wiele różnych dźwięków. Przyjmowałam to, co mnie otaczało, ale też szukałam, wybierałam ponieważ byłam i jestem osobą ciekawą wszystkiego.
Moje pierwsze spotkanie z muzyką miało miejsce w Church of God in Christ (kościele znanym pod skrótem tej nazwy: COGIC) i w The Holiness Church. Obie świątynie są ostoją dla rdzennych zwyczajów afrykańskich, szczególnie jeśli chodzi o muzykę. Musisz wiedzieć jedno: nasz kościół to nie tylko niedzielne nabożeństwa – tak naprawdę wspólnota żyje przez cały tydzień, każdego dnia. Jeśli chodzi o msze – jest to głębokie doświadczanie wiary, obejmujące śpiew, klaskanie i wystukiwanie rytmu stopami, często zastępujące instrumenty. Mój wuj Tyron jest pastorem, w kościele od lat gra na gitarze typu lap steel/pedal steel. Odkąd sięgam pamięcią był to mój ulubiony instrument.
Całe rolnicze południe Stanów, gdzie dorastałam, jest głęboko przesiąknięte czarną tradycją. Przekręcając gałkę od radia można było usłyszeć naprawdę kawałek dobrej muzyki pop, soul, ale i południowego rocka. Telewizja nadawała programy takie jak: Soul Train, American Bandstand, Hee Haw, The Mike Douglas Show, The Lawrence Welk Show. Przy okazji... czy Polacy wiedzą kim jest Lawrence Welk? Myślę, że powinni (śmiech). Nauczyłam się tańczyć polkę, oglądając jego programy.
Moje muzyczne fascynacje nabrały kształtu w szkole średniej – wybrałam profil artystyczny. Występowałam m.in. w MASS Leonarda Bernsteina, z towarzyszeniem Atlanta Symphony Orchestra. Za moje występy w musicalach szkolnych zostałam wyróżniona stypendium w dowolnym mieście – wybrałam Austin w Teksasie. Właśnie tam poznałam muzykę takich ikon bluesa jak choćby Hubert Sumlin. Potem wszystko potoczyło się już lawinowo.
M.Z.: A co przybliżyło cię do jazzu?
Q.E.: Co ciekawe, jazz był zawsze obecny w moim życiu. Ale myślę, że tak już bardziej świadomie zainteresowałam się jazzem dzięki mojemu bratu Ramonowi, który jest basistą. Gra od 8 czy 9 roku życia. Wchłaniałam to, co podobało się jemu. W naszym domu można było usłyszeć takich gigantów jak Stanley Clarke, Jaco Pastorius, Ron Carter, Weather Report, czy rockowy zespół Yes.
M.Z.: Twoje występy mają w sobie sporo ze stylu scenicznego dawnych div jazzu. Czy wzorujesz się na którejś z wielkich wokalistek jazzowych?
Q.E.: Zawsze podziwiałam wokalistki, które potrafiły wypracować swój własny styl, chcę być postrzegana podobnie. Szczerze mówiąc, opieranie się na jakimkolwiek wzorcu nie jest dobrym pomysłem. Znacznie łatwiej i ciekawiej jest być sobą, wypracowując własny, spójny wizerunek.
Oczywiście to całkiem naturalne, że wpływ na moją twórczość miały inne wokalistki. Porównywałam ich sposób śpiewania, odnajdywałam unikalne brzmienie i barwę ich głosu, a potem próbowałam odszukać to u siebie. Po tego typu ćwiczeniach po raz pierwszy usłyszałam mój własny, nienaśladujący nikogo głos.
Moją pierwszą jazzową miłością była bez wątpienia Ella Fitzgerald. Zrozumiałam jak ważne jest frazowanie. Uwielbiam też Billy Holiday, cenię siłę wyrazu Blossom Dearie, Mary Lou Williams. Ninę Simone zakwalifikowałabym do osobnej kategorii, mam wrażenie, że stworzyła swój własny gatunek, odmienny od tego, co się działo dookoła. Podobnie Minnie Ripperton. Dinah Washington jest dla mnie wokalistką, która potrafiła zaśpiewać absolutnie wszystko - myślę, że to jest kierunek, w którym podążam. Przypomniałam sobie właśnie o jeszcze jednej wokalistce, Ivie Anderson. To niesamowicie utalentowana artystka, choć wciąż mało znana.
M.Z.: Czego, tak ogólnie, szukasz w muzyce?
Q.E.: Indywidualistów.
M.Z.: Rock bazuje na zamkniętych kompozycjach, to czasem po prostu śpiewanie jednej i tej samej piosenki w kółko. Jazz daje pole do improwizacji, jest dla mnie czymś bardziej osobistym niż rock. Powiedz jak ty odnajdujesz się w obu stylach?
Q.E.: Rock jest dla mnie osobisty w taki sposób, że piszę o tym, co zdarzyło się w moim życiu. Jazz…najczęściej są to już gotowe kompozycje, ale wciąż nadaję im nowe znaczenie, wkładam w nie na nowo swoje emocje. Wybierając dany utwór obdarzam go własnym znaczeniem i na tyle jest on osobisty. To jaki gatunek “chwyta cię”, co wydobywa z ciebie to sprawa punktu widzenia, ale i formy. Ale tak naprawdę nieważne jak muzykę wybierasz. Grając i śpiewając trzeba się otworzyć, być prawdziwym, skupionym. Kluczowe jest to, co chcesz w niej zawrzeć, co chcesz stworzyć. Nie ma nic bardziej osobistego niż to.
M.Z.: Czy wszystkie piosenki piszesz sama? Jakie treści chcesz w nich przekazać słuchaczom?
Q.E.: Myślę, że to po prostu warunki i otoczenie – korzystam z tego, co mam. Gdybym współpracowała z kimś, kto gra i komponuje muzykę wciąż sama pisałabym teksty. Mając tyle pomysłów i koncepcji po prostu robię jedno i drugie. Czasem piosenka “spada” na mnie, tak jakby mnie szukała. Czasem coś na podobieństwo radio włącza się w mojej głowie, grając cały czas te same kawałki dopóki nie znajdę słów dla dźwięków. Innym razem pierwszy przychodzi tekst, a muzyka zjawia się dopiero po chwili. Myślę, że byłoby ciekawie napisać z kimś piosenkę. Ale to jak z przysłowiem – myślisz, że zamążpójście jest czymś porywającym dopóki nie wyjdziesz za mąż (śmiech).
Tak do końca nie mam jednej myśli, którą chciałabym przekazać. Im bardziej staram się to robić, tym bardziej sądzę, że tworzenie wszystkich moich piosenek nie ma nic wspólnego ze mną. Jestem tylko nośnikiem i przekaźnikiem emocji. To przechodzi przeze mnie i pojawiają się rzeczy, których na pewno sama nie zrobiłabym na własne życzenie, starając się o to bardzo świadomie. To się po prostu dzieje. Mam nadzieję, że takich odkrywczych, natchnionych momentów będzie jeszcze wiele.
M.Z.: Ostatnio wielu nowych wokalistów jazzowych buduje swój repertuar na standardach. Czyżby strach przed kreacją własnych tekstów?
Q.E.: Myślę, że wokaliści sięgają po standardy także po to, by dać ludziom coś co już znają, co znają bardzo dobrze. Przy okazji manifestują swój własny styl. Zresztą najlepsi wokaliści jazzowi – to chyba była reguła – nie pisali sami swoich tekstów, czy muzyki. Gdy wokalista ma zespół tekściarzy, aranżerów, z których może wybierać, powstają genialne rzeczy, przypomnij sobie Jimmy Van Heusena, czy Franka Sinatrę.
Gdzieś na przełomie lat 60. i 70. w muzyce folk pojawił się trend na piosenkarzy piszących teksty. Potem ten prąd przenikał pozostałe gatunki. Mam wrażenie, że obecnie od artystów wręcz wymaga się, by pisali sami swój materiał. Jako niezależny artysta myślę, że pisanie sobie tekstów jest ważne, choćby ze względów finansowych, czy z uwagi na prawa autorskie.
M.Z.: Wiem, że pracujesz obecnie nad nowym krążkiem. Jaka była inspiracja do twojego nowego materiału? Z kim tym razem pracujesz?
Q.E.: Tak naprawdę to pracuję równolegle nad 3 albumami. Jazzowym, popowym i rockowym.
Razem z JC Hopkinsem rozmawialiśmy nad co-produkcją jazzowego krążka od jakiegoś czasu, więc gdy wygrałam nagrodę Jazzmobile Vocal Competition w zeszłym roku nasza współpraca wypłynęła dosyć naturalnie, na zasadzie kontynuacji. Chciałam by na moim nowym krążku znalazł się bardzo przystępny materiał, ale też ostrość hard bopu. To taki pazur, kant. Współpracuję nad tym krążkiem z perkusistą Warrenem Smithem oraz basistą Hilliardem Greenem, a także trębaczem J. Walterem Hawkesem. Co do brzmienia waltorni wiedziałam, że tylko Vincent Chancey sprosta temu zadaniu. Zespół zasilił także mój wieloletni współpracownik - pianista Matt Ray. Wiesz, gdy masz takie poczucie dogrania, kontaktu z ludźmi, po prostu w to wchodzisz i tworzysz.
Co do reszty albumów – od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem nagrania wielu pięknych piosenek, które chodzą mi po głowie. Muszę je nagrać, bo nie dadzą mi spokoju. A co było inspiracją do rozpoczęcia pracy nad kolejnymi krążkami…to potwornie długa historia.
M.Z.: Kiedy Twój jazzowy album ukaże się na rynku?
Q.E.: Mam nadzieję, że wszystkie trzy produkcje wydam w 2010, po kolei – oczywiście niepoślednią rolę odgrywają tu względy finansowe, a także czas.
M.Z.: W jakie projekty jesteś obecnie zaangażowana, poza muzyką?
Q.E.: Cały czas staram się rozwijać jako człowiek, pracuję nad solowym show, scenariuszem, książką, jak również przymierzam się do jazzowego musicalu na pograniczu burleski.
M.Z.: Wiem, że przejawiasz szczególną sympatię do naszego kraju. Powiedz coś więcej o Twoim zainteresowaniu Polską.
Q.E.: Możesz wierzyć lub nie, ale Polska jest gdzieś w moim życiu od bardzo dawna, tak jak jazz! Przez jakiś czas mieszkałam na zachodnim górnym Manhattanie. Budynek, w którym znajdowało się moje mieszkanie był pełen Polaków, większość z nich bardzo słabo mówiła po angielsku, unikała mnie. Od jakiegoś czasu widzę postępy, są coraz śmielsi, uczą mnie też polskiego, przynoszą słodycze i ciasto. Tuż po przybyciu do Nowego Jorku, po występach, jechałam do East Village na polskie jedzenie, bo było pyszne i tanie, a poza tym mieli otwarte do późna. Mam polskich przyjaciół, którzy żyją na Greenpoincie, mam polskich sąsiadów na Brooklynie.
Oczywiście wasza kultura interesuje mnie nie tylko od strony kuchni. Polska tradycja jest tu bardzo żywa. A nazwisko sławnego Polaka - jak choćby Pułaskiego, pojawia się bardzo często w nazwach szkół, ulic, mostów, w zasadzie w całych Stanach.
Mam też kilka przemyśleń odnośnie rasizmu. Wydaje mi się, że w Europie Środkowej i Wschodniej ludzie są bardziej otwarci na ciebie jako osobowość. Reszta Europy wydaje się generalizować różnice kulturowe, powstają w ten sposób jakieś koszmarne stereotypy. Może nie powinnam tego mówić, ale mam więcej przyjemności z obcowania z Polakami niż z kimkolwiek innym z Europy, jak do tej pory.
Rozmawiała Monika Zamęta
Data wstawienia: 2009-06-29
francuski kornet? ( wysłano 2009-06-30 godz. 22:28 )
Dziękuję za uwagę ( AEG wyslano 2009-07-01 godz. 08:44 )