Misha Mengelberg często czuje się jak komar. Uwielbia obserwować zwierzęta, szczególnie zaś pandy (jedną niedawno podziwiał w hiszpańskim ZOO przez całe dwie i pół godziny!). Poza tym najbardziej lubi spać. A tak w ogóle, to ledwo zdążył na samolot do Polski, bo zapodział się gdzieś jego paszport. Taki ciąg absurdalnych historii można było usłyszeć na spotkaniu z holenderskimi improwizatorami na festiwalu Ad Libitum 2. A pytanie, które je wywołało brzmiało: Czym jest improwizacja?
Konferencja, której ramy zostały rozbite, spotkanie, którego uczestnicy oraz nie mogący dojść do słowa prowadzący długo nie zapomną - to pierwsze zdarzenie tegorocznego Ad Libitum. Han Bennink i Misha Mengelberg, specjalni goście festiwalu, zakpili z konwencji konferencji, wciągając publiczność w grę nonsensu. Opowiadając zabawne anegdoty z życia zwierząt, recytując słowa pseudo-ukraińskiej piosenki (Mengelberg), czy też wychodząc w trakcie do toalety i odbierając przy wszystkich telefon (Bennink) udowodnili, no właśnie - co tak naprawdę? Z pewnością to, że muzyka improwizowana, jak każda inna sztuka, nie musi być traktowana jedynie poważnie. Dwójka holenderskich improwizatorów-prowokatorów przypomniała, że tworzenie to przede wszystkim zabawa. Artysta jest jak dziecko, a jego pomysłowości nic nie powinno ograniczać. W każdym tkwi potencjał twórczy, a żeby uruchomić inwencję należy czasem odrzucić wszelkie konwencje. Tak samo może być z rozumieniem muzyki. W pewnym momencie Bennink powiedział, że nie umie czytać zapisu nutowego. Mengelberg zareagował, że jego kolega może i nie umie czytać nut, ale umie je słyszeć. Najlepsi odbiorcy koncertów, o czym mówił dalej Bennink, to niekoniecznie wykształceni słuchacze, lecz, jak się mu często zdarzało w holenderskich loftach - psy i dzieci.
Pandy, niedźwiedzie, lwy, nosorożce, żyrafy, kozy, komary, muchy, koty i psy - tak się złożyło, że żadne z tych zwierząt nie uczestniczyło w imprezach warszawskiego festiwalu. Atrakcji jednak nie zabrakło.
Ad Libitum znaczy "bez ograniczeń". "Muzyka improwizowana, swobodna, dyrygowana" - to hasło tegorocznego festiwalu. Jego uczestnicy mieli doskonałą okazję zakosztować muzyki w całej jej różnorodności. Docenić należy pomysł organizatorów polegający na próbie integracji środowisk muzyków akademickich z artystami podchodzącymi do dźwięków w sposób intuicyjny.
Również warto wspomnieć i docenić ideę organizatorów, którą festiwal miał promować. Krzysztof Knittel, reprezentujący Fundację Polskiej Rady Muzycznej, wspominał o projekcie wprowadzenia do szkół "lekcji improwizacji". Miałaby ona rozwijać u najmłodszych i tych nieco starszych takie cechy jak wrażliwość, wyobraźnię, umiejętność działania w grupie oraz inteligencję emocjonalną. "Kreacje polegające na zabawie z dźwiękiem, a wyrastające z potrzeby spotkania, przeżywania wspólnej radości, mają głęboki sens. Jaka bowiem może być lepsza możliwość poznania drugiego człowieka, jeśli nie przez bezpośredni kontakt, rozmowę, wymianę poglądów i wspólne granie?" - przekonywał w swoim programie Knittel.
Podczas czterech z sześciu dni Ad Libitum, w których miałem okazję uczestniczyć, spośród efemerycznych składów wyróżniłbym kilka.
Świetny show zaprezentował polsko-holenderski kwartet w składzie: Misha Mengelberg, Han Bennink, Olga Szwajgier, Zdzisław Piernik. Piszę "show", dlatego, że w ich występie elementy performerskie odgrywały tak samo ważną rolę jak muzyka. Uwaga widzów skupiła się głównie na (nad)aktywnym perkusiście. Bennink zasiadł przed pojedynczym werblem, który zresztą szybko kompletnie przedziurawił. Usiadł więc na podłodze i zaczął grać... na taborecie. Mnóstwo efektownych pomysłów, głośna gra i sprawne łączenie rytmów rockowych z jazzowymi, z marszem i jakimi-bądź-tylko - to wszystko mogło się podobać. W tyle nie pozostali polscy muzycy, zaskakując inwencją i niekonwencjonalnym brzmieniem: Piernik mocą swojej apokaliptycznej tuby, a Szwajgier możliwościami swojego głosu.
Dużo bardziej kameralnym i stonowanym występem był koncert duetu Michel Doneda, Ingar Zach. Obu artystów interesują dźwięki marginesów, koncentrują się na sonorystycznych właściwościach instrumentów . Dlatego porozumienie między nimi było kompletne i zaowocowało dawką wspaniałej, delikatnej, acz intensywnej muzyki. Doneda, nadający wydmuchiwanemu z płuc powietrzu zadziwiające brzmienia, oraz Zach, wprawiający w drgania różne obiekty kładzione na bębnie basowym, potrafili stworzyć frapujące struktury, piętrząc napięcia, doskonale uzupełniając się i prezentując swoje wszechstronne muzyczne osobowości. Sety grane przez nich w kolejne dni festiwalu udowodniły ich klasę.
Zaskakująco trafnym okazało się zestawienie, zdawałoby się, nieprzystających instrumentów: wiolonczeli, kontrabasu, skrzypiec oraz laptopa. Kazimierz Pyzik, grający zamiennie na dwóch pierwszych instrumentach, oraz skrzypaczka Dagna Sadkowska, wraz z Josefem Novotnym potrafili stworzyć całość intrygującą głębią brzmienia. Poziom empatii przekładał się proporcjonalnie na jakość muzycznej narracji a smyczki świetnie współbrzmiały z laptopowymi przetworzeniami.
Bardzo dobrze wspominam skromny set zagrany na dwa gramofony przez Marinę Rosenfeld oraz Dj Lenara. Amerykańska artystka na początku zanuciła piosenkę do mikrofonu, po czym zaczęła na żywo dekonstruować swój głos. Potem improwizująca dwójka turntablistów zagrała bardzo "na luzie", zostawiając partnerowi dużo wolnej przestrzeni, odpowiednio dozując środki ekspresji. Po dość krótkim występie pozostał niedosyt i chęć poznania innych dokonań dwójki artystów.
W odmienne stany świadomości wprowadził słuchaczy Thomas Lehn. Mistrzowskie opanowanie syntezatorów analogowych pozwala mu improwizować na żywo i stymulować przebieg granych utworów. Manipulujący ciśnieniem akustycznym, z paletą szumów o różnych barwach, w sposób doskonały kształtował abstrakcyjne kompozycje. Nagłe cięcia, dynamiczne zmiany, głośne, noisowe momenty - te mocne bodźce nie pozwalały na obojętność i zawieszenie sądu. Muzyka tym bardziej frapowała, gdyż obok, przy fortepianie improwizowała równie pomysłowo sonorystka Sophie Agnel.
Warto docenić organizatorów za zaproszenie świetnych muzyków z polskiej sceny. Udowodnili, iż nie odbiegają możliwościami i wyobraźnią od światowej klasy artystów, czego dobrym przykładem był koncert Marcina Dymitera z Sophie Agnel i Ingarem Zachem.
Trzeba pogratulować pomysłodawcom Ad Libitum doboru sal koncertowych, a uczestnikom festiwalu - uwagi i skupienia. Muzyka przez te dni była dla odwiedzających warszawski festiwal na pierwszym miejscu.
"Jaką muzykę lubią psy?" - zadał ktoś pytanie.
"Myślę, że najbardziej funky" - odpowiedział bez zastanowienia Bennink.
"Czy zwierzęta też improwizują?"
"A jak WY myślicie?".
Chcącym poszerzać swoje horyzonty proponuję odwiedzać częściej parki zoologiczne oraz festiwale muzyczne, takie jak warszawski Ad Libitum.
Ad Libitum 2 - Warszawa, 5-10.11.2007
Michał Fundowicz
Data wstawienia: 2007-12-02